Potwór w rodzinie
No i jeszcze nie lubimy się mylić. Jeśli to jest "potwór z wyboru" (to znaczy nie rodzina, ale ktoś, kogo kiedyś wybraliśmy), trudno powiedzieć: pomyliłam/em się.
adriena - według mnie rzecz polega na tym że społeczeństwo, jest bardzo dziwnie nastawione na osoby które okazują słabość. Bo dzisiaj być słabym to takie trochę mało eleganckie. Zobacz co się dzieje z dziećmi osób, które pracują za granicą. To będzie się odbijać na naszym socjalu za 30 lat... Czy jest szansa że uda się nam powstrzymać ten trend?
Tak samo jest z osobami które są maltretowane, czy uda się zamknąć to koło które toczy się w wielu patologicznych rodzinach?
Teodora - oj tak. Masz stuprocentową rację. Obawa przed "a nie mówiłam/łem" ze strony otoczenia jest bardzo silna, ofiara Potwora boi się, że zamiast pomocy zostanie wyśmiana i potraktowana na zasadzie "masz, co chciałaś/łeś". W połączeniu z wdrukowaniem winy jest to bardzo skutecznie blokujące.
konikmorski nie wiem jak to będzie, ale w przypadku osób maltretowanych to już jest lepiej, bo więcej się o tym mówi, jest więcej możliwości zakończenia koszmaru, powoli kończy się ciche przyzwolenie na to co się dzieje w 4 ścianach. Coraz częściej mówi sie i pisze o tym że nie należy tolerować takich zachowań. Na szczęście w tych sprawach jest lepiej niż było, z przemocą fizyczną łatwiej jest sobie poradzić.
Niestety w kwestiach pastwienia się psychicznego nie jest dobrze. Osobiście obserwuję jakąś eskalację zachowań psycho i socjopatycznych, no chyba że jestem uprzedzona, z racji doświadczeń. Patrzę na ludzi bardziej świadomie i widzę przemoc psychiczną prawie na kazdym kroku. Niestety udowodnienie takich zachowań jest bardzo trudne. Jak się dostanie w pysk to przynajmniej można iść na obdukcje, jak ktoś robi pranie mózgu to jak to udowodnić?
[quote author=Murat-Gazon link=topic=93379.msg1984439#msg1984439 date=1390149226]
Także większość osób, które w końcu zaczynają mówić, zwykle mają już przeprowadzone dokładne pranie mózgu i uważają, że same są sobie winne. Ja sama przez długi czas uważałam za słuszne i logiczne credo mojego Potwora - "tak, wiem, że nie powinienem tak cię traktować, ale to twoja wina, bo gdybyś była bardziej/mniej <dowolne wstawić> to bym nie musiał tak się zachowywać, a wiesz, że ja się łatwo denerwuję". Absurd? Egoizm? No tak, ale działało...
[/quote]
To prawda co napisałaś i w tym momencie widzę rolę rodziny i przyjaciół, żeby pomogli psychicznie, zeby dawali wsparcie, żeby nie dali tej osobie zwątpić w siebie.
Dementek a gdzie mieszka ta osoba?
Mazury. Szkoda, bo dość daleko jest do Warszawy...
Ech... telefon od koleżanki. Płacze. Mąż alkoholik. Robi sceny, grozi, lży, usiłuje ją wyrzucić z domu.
Alkoholik w mojej opinii. Ona nigdy tego głośno nie powiedziała. Mimo detoksów i afer. On popija tak skrycie, ale całymi latami.
Mózg mu na pewno wykwasiło na amen. Dwu dorosłych synów. Daleko. Odjechali, mają swoje życie. Dzwonią miło do mamy.
I ja nie wiem co radzić. Od lat radzę: odejść, podjąć kroki, dzwonić na policję, bronić się. Ale po burzy pojawiają się kwiatki, wspólne wakacje, święta, prezenty i idylla. Do następnego razu. Nie wiem już sama. To była dawniej taka mądra, samodzielna kobieta. Czy lata ukrywanego koszmaru tak jej rozbiły osobowość? Czy to możliwe?
Kiedy proponuję: wyprowadź się, weź adwokata, podziel majątek, znajdź pracę w innym miejscu, załatw zakaz zbliżania się..... to tylko płacz , opowiadanie jak się bardzo boi i słowa: bo ty nie rozumiesz. No, nie rozumiem. 😲
Taniu też mam taką koleżankę i... też nie rozumiem
Szczerze współczuję i szczerze nie rozumiem w imię czego się tak męczyć? Strzesznie to przykre, bo to dobra osoba jest...
[quote author=_Gaga link=topic=93379.msg2030897#msg2030897 date=1394027601]
Taniu też mam taką koleżankę i... też nie rozumiem
Szczerze współczuję i szczerze nie rozumiem w imię czego się tak męczyć? Strzesznie to przykre, bo to dobra osoba jest...
[/quote]
No i moja też przedobra. Ale taka ..... no nie wiem. Pozbawiona woli. Jakaś taka niesprawna życiowo. Mieszkanie wspólne, zatem nikt nie ma prawa jej wyrzucać. Dziś potwór wyrzucił ją /wypędził z auta na środku ulicy. Ale... tyle lat nie zrobiła prawa jazdy i jak jest taka sytuacja, to po co go prosi, żeby ją odwoził i przywoził z pracy? To 15 minut spokojnym krokiem. Ja bym szła, nie jechała. To jakaś niepojęta więź. Nie nazwałabym tego miłością w żadnym razie.
Ja się mogę wtrącić i wjechać tam czołgiem, ale już tak robiłam a potem było wielkie pojednanie i kilka razy usłyszałam, że mi oboje ...współczują, bo ja jestem samotna, bo nie umiałam zatrzymać męża przy sobie. 🤔 I mi od samotności odbija i im zazdroszczę. 😲
Serio. Tak to skomentowano na koniec moje "zbrojne interwencje".
Tania, Gaga - jest coś takiego jak współuzależnienie. Oraz syndrom kata i ofiary. W przypadku rodzin alkoholików działa zawsze i właśnie to jest powodem takiego chorego trwania przy alkoholikach i w ogóle wszelakich potworach. Człowiek nieuwikłany w coś takiego nie zrozumie nigdy tak do końca, ale polecam sobie poczytać na ten temat, bo jednak można wiele się dowiedzieć i sobie rozjaśnić, co i dlaczego czuje taka osoba.
Syndrom kata i ofiary sama przerobiłam, na szczęście nie rozwinął się w jakąś patologię i udało mi się uciec, póki była pora, ale wiem, jak działa.
Ja wiem o współuzależnieniu. Też czytałam. Ja czytałam, nie ona. Wcześniej o DDA, bo ich synowie cierpieli.
Podsuwałam strony na ten temat. Raz poszli na terapię. RAZ, bo już na kolejne spotkanie nie. Bo poszukali pretekstu.
A ona była zapisana do grupy kobiet w podobnej sytuacji.
Jak pomóc komuś, kto tej pomocy tak naprawdę nie chce ? Nie mam pojęcia.
Taniu
nalezy wygonić taką osobe ze swoich emocji.
Ona chce się jedynie wygadać a Ty szukasz dla niej wyjścia, ratunku.
A tu wcale nie o to chodzi.
Należysz jak widzę do ludzi którzy jak sami mają problem to .........myślą, kombinują i przede wszystkim działają.
Mam podobnie - kiedy jest problem, to szukam rozwiązania. Żeby tak żyć trzeba mieć jednak odwagę, aby własny los brać we własne ręce.
Na to trzeba odwagi. O ileż łatwiej jest zwalać swoje troski i niepowodzenia na los, na innych, na Boga, na wszystkich świętych.
Wkoło mnie wielu jojczących, płaczących, narzekających.
Ja już mam skórę jak słoń.
Uciekam od bezkonstruktywnych łez i gadek o życiu.
Wyrosłam, wyleczyli mnie Ci w których życie potrafilam się mocno zaangażować.
Pamagam ale tylko wtedy jeśli widzę, że ktoś sam działa.
Mam w sobie jakiś lep, który przyciaga wszystkich emocjonalnych popaprańców.
Lubię ludzi i lubię (lubiłam) ich słuchać zawsze.
Teraz od 97% spierniczam daleko.
Ja wcale nie chcę, żeby zaznaczyć wirtualną pieczatką, że ja to jestem ta silna i mądra a ona odwrotnie. Mam swoje klęski i codzienne kłopoty, jak każdy. Mam dylematy, które muszę rozstrzygać najczęściej sama (no, chyba, że z Wami 😉). I podejmuję decyzje każdego dnia. Nie zawsze trafne. Pracuję dużo. Odpoczywam niewiele. No, ale się staram. Nie zamieram w bezradnym czekaniu. Trudno przychodzi mi słuchać płaczu. Wyguglowałam dwa ośrodki od uzależnień w jej pobliżu. Watpię, że pójdzie. 🙁
Tania - to zabierz ją tam, powiedź że można się tam dowiedzieć co zrobić. W takich ośrodkach są darmowe porady prawników. Możesz ją zaprowadzić też niby przypadkiem, że tak sobie przechodziliście.
Tania - to zabierz ją tam, powiedź że można się tam dowiedzieć co zrobić. W takich ośrodkach są darmowe porady prawników. Możesz ją zaprowadzić też niby przypadkiem, że tak sobie przechodziliście.
Dzieli nas blisko 600 km. 🙁 Pojadę tylko wtedy, kiedy będzie PLAN. Inaczej szkoda czasu i atłasu.
Potwór zaniknął. Odjechał w siną dal a koleżanka się zamartwia. Według mnie, popija gdzieś u kolesia i się żali.
Wróci rano, jak już żona dostatecznie się namartwi i zmięknie. Ech.... Potwory mają te swoje techniki. Bolesne.
To nie technika, tylko schemat. Łatwiej jest wtedy myśleć że jest szansa na zmianę. Schematy można zmieniać, technika zaś bywa zmienna... Bo nawet jak się dobrze zastanowić, to kat nie robi nic innego tylko to samo. Koleżanka ma internet w domu?
Jakby chiała pomocy i zmian, to już by zmieniła w swoim życiu wszystko dawno temu.
Znalazłaby informacje, miejsca i ludzi na których mogłaby się oprzeć.
To nie jest nastolatka, która zabrnęła w chory związek.
Nie zgodzę się z tym. Kiedy rozmawiałam z osobami z grupy, zawsze był ktoś kto naprowadzał te osoby na psychologa, terapię. Nie mówiąc już o dużym wsparciu, nie tylko słowem ale też pomocą w postaci bezpiecznego kąta w swoim mieszkaniu. Znam dwie starsze osoby, które mają teraz po 60 i akurat one same odeszły od swoich oprawców. Ale w latach 80 - tych. Kiedy ten system mieszkaniowy, socjalny był bardziej rozbudowany? Dopytam się jeszcze o te szczegóły.
Konikumorski - ja sie także z Toba nie zgodzę 🙂
Pomagać mozna tym, którzy pomocy oczekują a nie dzwonią jedynie żeby się wypłakać.
(...) osoby, które mają teraz po 60 i akurat one same odeszły od swoich oprawców. Ale w latach 80 - tych.
To miały około 30 lat wtedy? Owe osoby? Czy moja matematyka jest inna niż obowiązująca? (to żart)
Jak pisałam, zrobię coś, ale jak będzie PLAN. Bo inaczej się nie da.
szemrana, zgadzam się z Tobą. Mam dwa takie wampiry energetyczne w otoczeniu. One rękami i nogami bronią się przed pomocą. Zasłaniają oczy przed najmniejszym światełkiem w tunelu. Tak musi być, a co najwyżej Ty niczego nie rozumiesz. Cięzko jest wyrwać kogoś z takiego stanu...
Tania - dokładnie gdzieś koło 30.
Trzeba też umieć pomagać, umiejętnie naprowadzić osobę. Znam osoby które do tej pory siedzą w schemacie i taka osoba dopóki nie "dorośnie" dopóty moja rola będzie się ograniczać - rozmowa od czasu do czasu - co u ciebie? Ale tylko wtedy gdy ta sama zadzwoni. Ja generalnie działam w tych sprawach krótko i na temat. Nawet ostatnio miałam taką rozmowę. Była w tym stylu:
- osoba - moja babcia znów wyzwała mnie od dziwek! (babcia jest alkoholiczką i ma 60 tysięcy długów)
- ja - byłaś tam gdzie ci podałam adres, telefon - możemy się przejechać?
- osoba - nie, nie mam czasu, i znów mi kazała dać sobie 1000 zł na providenta! co za bezczelna itp
- ja - no to nie wiem o czym mamy dalej dyskutować? wiesz co jest źle, więc może pora to zmienić? masz u mnie pokój, możesz nocować
- osoba - tak, wiem Beatka, ale ja nie chcę się narzucać...
- ja - wiesz że znam ten problem z własnej przeszłość, zobacz jakie ma mam korzyści nie mieszkając z katem
- osoba - tak, wiem, widzę że jesteś spokojniejsza (i znów coś o babci bla bla)
- ja - słuchaj, jak masz coś innego do powiedzenia to dawaj, mam coś do zrobienia
- osoba - nie, umówimy się jeszcze na kawę, zadzwonie, papatki
- ja - ok, będę pod telefonem, papa
I cały dialog... Ta osoba to moja przyjaciółka, szkoda mi dziewczyny ale kiedy nie gada o swojej babci jest dobrze. Jak się rozkręci to szkoda nawet tego słuchać, słowo w słowo to samo.
Ja mam kolegę "z pracy" w dziwnej relacji w rodzinie.
Od ponad dwóch lat się decyduje na rozwód (on). Od poczatku tej sprawy chodzi i godzinami opowiada (w pracy) jak go żona robi w bambuko, jak mu teściowie zyć nie dają, jak walczy o to, aby mieć kontakty z małą córką...
Na początku bardzo sie tym przejmowałam, tłumaczyłam, wspierałam.... omawiałam, pokazywałam przykłady że można. A on się zarzekał że już teraz i natychmiast przeprowadzi ostateczną rozmowę z żoną itp.
I nic. Nie podjął żadnego kroku, nic nie zrobił - a przez ten czas przed wszystkimi zarzekał (i zarzeka) się cały czas że to już koniec, że się rozwodzi!
Nawet nauczyłam się obserwować i zauważać, kiedy kolega ma gorsze chwile w małżeństwe (wtedy opowiada jak jest przez zonę tłamszony i katowany psychiocznie), a kiedy lepsze (wtedy opowiada, jak remontuje strych domu i planuje wspólne wakacje).
Sama łapę się nadal na odruchu niesienia pomocy. Nie warto.
Kolega tak naprawdę nie chce pomocy. Bo nie chce żadnej zmiany.
ja tylko mogę potwierdzić na swoim przykładzie
nie da się pomóc jak taka osoba nie chce, nie oczekuje pomocy
mnie nikt i nic nie jest w stanie pomóc
bo to się dzieje na poziomie głowy
do czasu jak nie będzie zmian na poziomie głowy - to żadna koleżanka czy przyjaciółka oferująca wszystko = nie pomoże
bo każdy wewnętrznie musi pomóc sobie sam
mnie pomogłaby tak naprawdę tylko jedna osoba
tak - człowiek boi się zmian
a nawet najgorsze zło jest "znane" i w sumie bezpieczne - bo wiemy czego się spodziewać, mamy schemat w jakim działamy, jakiś hmmm szablon , nawet najgorszy ale znany
i nagle wszystko się rozsypuje - i często jest to nie do rpzejścia
Bardzo mądrze Dodofon napisała. To takie ludzkie przecież.
Do mnie przemawia taka argumentacja.
Dlatego tak wielu tkwi latami w relacjach, które dla otoczenia zupełnie są niezrozumiałe. I będzie tkwić dalej.
damarina - to jest argumentacja ze strony ofiary. Widocznie kat jest do "strawienia" jest jak jest. I to skłania się do innej refleksji, że żyjemy wtedy tylko na pół gwizdka.
Dodofon - a próbowałaś zrobić sobie listę zalet i wad życia z mężem? Tak szczerze dla siebie samej. Zobaczyć ile złego jest w tym małżeństwie, a ile dobrego. Może to pokaże jakie to ma proporcje, wtedy mając taką świadomość będziesz powoli budowała "ciśnienie" do zmiany.
W wątku - sprawy sercowe - piszesz że szukasz kogoś do związku, ale nie wychodzi. Jasne że nie wychodzi, bo mając na karku męża (kata) żyjesz w połowie swoim życiem, a drugą połową siedzisz w tym bagnie.
damarina - to jest argumentacja ze strony ofiary. Widocznie kat jest do "strawienia" jest jak jest. I to skłania się do innej refleksji, że żyjemy wtedy tylko na pół gwizdka.
Mogę zaryzykować stwierdzenie, że każdy kat jest na swój sposób "do strawienia". Kwestia technik przyzwyczajenia, wypracowania schematów i uników, barier obronnych itp.
Chyba że dochodzi do prawdziwych ekstremów zagrażających życiu. Ale w umyśle ofiary.
Dodofon o tyle rozumiem, że trafiłam kilka razy na przypadki osób autentycznie regularnie maltretowanych w rodzinie, proszących o pomoc i tej pomocy serio potrzebujących. I co? Za chwilę te same osoby wracają, jakby nigdy nic - do swoich oprawców, ciemiężycieli. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Tak, jakby nic się nie stało.
I tak regularnie...
Jak takie coś wytłumaczyć?
Własnie tak - bo nawet najgorsze zło doświadczane latami, jest złem znanym i na swój sposób ogarnietym. A nieznane i nowe jest niepewnością i źródłem strachu.
damarina - to jest lęk przed życiem, gdyby to było proste. Nie byłoby wojen, ani tyle zła. Łatwiej jest być słabszym, bo nie idzie wtedy tyle energii na walkę. Po za tym była już mowa o tym czemu się tak dzieje, zadziałało między innymi współuzależnie. Wychodzi na to że część z was nadal nie wie, jak to działa. Bo nadal nie rozumiecie dlaczego ofiara woli być z katem.
Nawet pisanie w tym wątku bywa dość ciężkie, ile to trzeba włączyć emocji/myśli/przemyśleń żeby zrozumieć pewien ciąg zdarzeń. A jeśli się coś zrozumie, to jasne że coś trzeba z tym zrobić. Tylko czy mam tyle sił w sobie/co mi da to że zacznę robić po swojemu?
Definicja wspóuzależnienia - ktoś napisze to w uproszczony sposób? Oczywiście ten kto już rozumie czym jest wspóuzależnienie :kwiatek:
Definicja wspóluzalęznienia ? Tego nie da się opisać w dwóch słowach, na ten temat sa tomy książek , z tego robi się na studiach specjalizacje. A i tak nikt do końca nie zgłębił problemu. Sa osoby silne które z tego potrafią się otrząsnąć i sa osoby które tkwia w tym latami.
Nie kazda żona alkoholika jest wspołuzalezniona , nie każda ofiara ma syndrom ofiary.
Skąd wiec bierze się wspóluzaleznienie i dlaczego więcej kobiet w to wpada niż mężczyzn? Zobaczcie w większości mąz zostawia żonę alkoholiczkę jeden na 100 może zostaje i usiłuje pomóc, w druga stronę na 100 kobiet może jedna odchodzi. Dlaczego tak się dzieje? Bo kobiety mają to coś tzn natura dała nam gen opiekunczosci, rodzimy, wychowujemy dzieci , częściej opiekujemy się słabszymi i to gubi kobiety. Chcą pomóc męzowi alkoholikowi , wpadając w wir współuzależnienia.
Zaczyna się niewinnie, najpierw ukrywanie faktu ,ze mąz (partner) pije coraz więcej, usprawiedliwianie go w pracy (a to mama się zle poczuła, a to sam jest chory) no bo nie daj Boże aby pracę starcił. Facet pije , później przynosi kwiaty, przeprasza kaja się a żona wierzy w poprawę. Facet wytrzymuje czasem nawet miesiącami i później znów się zaczyna a potem coraz częściej i jest coraz gorzej. Alkoholik to osoba która potrafi jak nikt inny manipulować , kłamac, starszyc , przekonywać itp. itd. Znów przeprasza a żona znów ufa. Kołko zamknięte. Czy można pomóc osobie wpóluzaleznionej? Można i nawet trzeba jej pomóc , bo to jest jak choroba która ja niszczy. Tylko, jak i kiedy pomoc. Tylko wtedy gdy osoba wspóluzalezniona się obudzi, gdy sama dostrzeże problem , gdy sama będzie wiedziała ,że pomocy potrzebuje. Wczesniej nie ma takiej możliwości, dopóki osoba wspóluzalezniona nie widzi swojego problemu - nikt nie jest w stanie jej pomóc. Przytocze taki fragment rozmowy lekarza z pacjętką. "Panie doktorze, mój mąz pije , błagam pomóżcie" doktór " oj trzeba pania zapisac na terapię" kobieta zdziwona pyta " ja?..a po co? To On pije, ja jestem zdrowa" No i..jak takiej kobiecie pomóc?
Ja też rozumiem współuzależnienie jak Faza. Ale, wiecie, co? Ta nazwa jest niezręczna. Tak językowo.
Ja już kilka razy ją "testowałam", na osobach współuzależnionych i reakcja była zawsze taka sama.
Zanim wygłosiłam zawiłą definicję, rozmówca ucinał rozmowę:
- Ja? Współuzależniona? Co ty mówisz? Ja nie piję!!!
konikmorski dużo łatwiej odejści od opisywanej przez Ciebie babci, łatwiej zerwać z ojcem / matką - bo to naturalny proces - dziecko dorasta i odchodzi.. A co w sytuacji, kiedy są dzieci, dom, interesy? Wszysto wspólne? Wówczas pojawia się dużo więcej wymówek - niestety bardzo życiowych. Więcej siły potrzeba w odejscie od kata...
Co jeśli kat jest "tylko" lub "aż" katem emocjonalnym, a ofiara jest na swój sposób silna i nie pokazuje otoczeniu, że coś jest nie tak? Jak takiej osobie pomóc? Siłą zaciągnąć na terapię? 🙄