Zachowanie konia podczas badania przez weterynarza

Mam następujący problem: koń nie pozwala się zbadać weterynarzowi. Kiedy tylko wyczuje z kim ma do czynienia (a wyczuwa to natychmiast), wpada w szał, próbuje kopać, wspina się, przyciska do ściany, nie ma mowy o tym, żeby stał w miejscu. Robi to jeszcze zanim weterynarz przystąpi do jakichś zabiegów. Ostatnio trzeba było zrobić USG, czyli rzecz kompletnie bezbolesną. Udało się dopiero po podaniu środka uspokajającego i założeniu dutki. Niestety wykryta kontuzja nogi będzie wymagała dłuższego leczenia, częstych oględzin i podawania zastrzyków. Dodam, że koń może mieć uraz do zabiegów weterynaryjnych, bo w młodości przeszedł poważny wypadek, który wymagał długiego i pewnie uciążliwego dla niego leczenia. Teraz znów trzeba mu pomóc, tymczasem każda próba grozi tym, że koń zrobi krzywdę sobie lub komuś. Ja jestem jedyną osobą, która może zrobić z nim prawie wszystko, tzn. mogę dotykać chorej nogi, smarować ją, zawijać itp. Niestety to za mało, by skutecznie go leczyć.
Czy znacie jakieś sprawdzone sposoby na opanowanie konia w takich sytuacjach? Z góry dziękuję za rady.
U mnie konie bały się weta, który przyjeżdżał zawsze w swoim takim niebieskim czy zielonkawym fartuchu ze wszystkimi lecznicowymi zapachami, zresztą bał się go nawet mój pies, który normalnie do swojej pani doktor leci pierwszy 🙂
Podobnie było jak przyjechał kiedyś powiatowy weterynarz pobrać krew, to też koń się bał i kręcił.
A jak przyjeżdża teraz wet taki typowo koński, to zawsze nirmalnie ubrany w zwykłe ciuchy i nie ma najmniejszego problemu u żadnego konia z oględzinami czy jakimiś zabiegami.
Więc może o to chodzi, że koń czuje te rózne dziwne zapachy z wetowego ubrania i się boi. Może poporsić lekarza, zeby starał się do twojego konia w zwykych ciuchach przyjeżdzać?
zduśka   Zbrodnia, kara, grzech. .. litr wina
26 października 2009 10:36
a u mnie podobnie jak u Olivii   🙄
koń szaleje , ucieka i ogólnie jest panika ... nie mam pojęcia od czego mu się to wszytsko wzięlo - generalnie nie ma ochoty współpracować i koniec  😵  na widok weta ucieka i trzeba go na siłe ściagać .... czasami nawet z głupią szczepionką jest problem  🤦

repka, nam normalne ciuchy weta nie pomagają  👀 .. w sumie to nawet nie wiem jak On to robi, że z daleka rozpoznaje "wroga"
opolanka   psychologiem przez przeszkody
26 października 2009 10:50
Moim zdaniem trudno konia "odczulić", dlatego że wet, gdy przyjeżdża, zazwyczaj robi niemiłe rzeczy.
Najlepiej byłoby weta skojarzyć z czymś pozytywnym, najlepiej na poczatku i na końcu wizyty.
Może niech nie zabiera sie od razu do roboty, odczeka, zaprzyjaźni z koniem. Wiem, ze na to nie ma czasu, ale to bedzie bardziej bezpieczne dla niego również.
Nie mam innych pomysłów.
U nas niestety "cywilny" strój weterynarza niczego nie zmienia. Może "odczulanie", o którym pisze Opolanka, byłoby jakąś szansą, chociaż ostatnio (od czasu, kiedy doszło do urazu nogi) koń nawet znanym sobie osobom (ze stajni) poza mną nie pozwala na  żadne zabiegi.
Mój nie pozwalał sobie robić zastrzyków w szyję  - jakiś odlot był, jak się podchodziło z igłą albo strzykawką to tak rzucał głową i szyją, że potrafił głową przywalić w ścianę. Brr. Ale od czasu jak nasz wet zrobił się taki bardziej zaprzyjaźniony i generalnie jak przychodzi to najpierw pogada długo z panią, potem wygłaska konia, da czasem smaczka to się okazało, że zastrzyk jest dużo mniejszym stresem. W sumie to jest tak przy okazji innych fajnych rzeczy i pokazywania się wetowi ze wszystkich stron 😉
Rzeczywiście bardzo warto, żeby weterynarz nie zabierał się od razu do rzeczy. Najpierw chwilę postał obok, pogadał z właścicielem, konia pogłaskał, popatrzył w niebo... Z reguły ci mniej "straszni" (wg koni) weterynarze właśnie tacy są - postawa bardziej na luzie, mniej widocznej zadaniowości (podejść-zrobić-odejść). Nie żal im poświęcić chwili czasu na przywitanie się z koniem (bo wiedzą pewnie, że im się ta inwestycja zwróci). No i jednocześnie nie boją się koni (a serio, bojących się weterynarzy też widziałam).

Do zastrzyków można konia przyzwyczajać (króciutko opisana rada: http://www.parelli-info.waw.pl/articles.php?article_id=111). Rzetelnie przeprowadzone przyzwyczajanie jest b. skuteczne (aż do stanu jak u mnie, że koniowi nawet kantara nie trzeba zakładać do zastrzyków domięśniowych czy podskórnych), mimo że doskonale wie, o co chodzi. Bo w takim "zwykłym" zastrzyku to nie jego bolesność jest problemem (wiele owadów dziabie paskudniej), tylko cała otoczka, sytuacja.

A jak zanosi się na więcej zabiegów, które będą się powtarzać, to mi się bardzo kliker sprawdził. Opisałam to kiedyś u siebie, TU ("świst" w tym kontekście znaczył to samo co "klik" klikera).
Koleżanka miała problem z koniem. Nie dało się mu zastrzyku zrobić w ogóel dotkn już później kiedy wiedział co się święci. Więc znajoma zaopatrzyła się w klogramy marchwi i strzykawkę bez igły i systematycznie dźgała go po całym ciele, i za każde grzczne zachowanie była nagroda... Później koń podczas zastrzyku tylko czekał aż będzie w końcu ta marchewka, kojarząc zastrzyk z nagrodą. Porblemy sie skończyły.

Może spórbuj poprosić inne osoby by róneiż robiły coś przy koniu?? I oczywiście jeśli będzie grzeczny to nagroda.

Fajnie by było żeby wetnie od razu przechodził do rzeczy ale sami dobrze wiemy ze nie zawsze jest na to czas.
Fajnie by było żeby wetnie od razu przechodził do rzeczy ale sami dobrze wiemy ze nie zawsze jest na to czas.
Co się jednak mści - bo co się "oszczędzi" przez przejście od razu do rzeczy, to się zmarnuje na niepotrzebne zamieszanie czy wręcz walki z koniem...

Kolejność odczulania na zastrzyki może wyglądać tak:
- uszczypnąć lekko konia w szyję (ręką od strony ogona), ręką od strony głowy lekko nakierować głowę konia ku sobie - jak koń luźno podda głowę, odpuścić, pogłaskać, ew. dać marchewkę
- jak koń będzie reagował rozluźnieniem szyi na uszczypnięcie, można zacząć zamiast szczypać, "kłuć" wykałaczką - i czekać na ten sam efekt
- wykałaczkę można też (dla realizmu) wetknąć w strzykawkę, jak już sama wykałaczka jest ok
- warto też odczulić na dezynfekcję przez wkłuciem - zdezynfekować, pogłaskać, dać marchewkę, nie kłuć 🙂 Bo jak się tylko powtarza schemat: dezynfekcja - kłucie, to tę dezynfekcję łatwo znielubić... I zaczynać się bronić już na tym etapie.
To wszystko trwa, nie ma się co śpieszyć, ale w ostatecznym rozrachunku bardzo się opłaca. Jak u koleżanki xxagixx - przeciętny zastrzyk sam w sobie to tak mały pikuś, że koń chętnie spokojnie go zniesie, dla tej marchewki czy jabłka na koniec.

Olivia7, staraj się jak najdokładniej wiedzieć, co koń będzie miał robione - i choćby na elementy tego przyszłego zdarzenia odczulać. Glut do usg np. jest tani jak barszcz, może warto konia czasem nim popaćkać, wygłaskać jakimś tam przedmiotem, nafutrować marchewką. Co prawda weterynarz nadal będzie tym nieprzyjaznym elementem, ale za to pozostałe będą oswojone.
Dziękuję za rady. Może uda się spróbować "zaprzyjaźniania" z weterynarzem. Mógłby na przykład najpierw wejść do mojego konia, poklepać, pogłaskać, poczęstować marchewką  i pójść do innych koni, a później wrócić już we właściwym celu. Co do odczulania na elementy badania - próbowałam i nie ma problemu. Ja mogę smarować nogę czym chcę i jak długo chcę, mogę dotykać tę nogę różnymi przedmiotami (np. słoiczkiem z maścią jako atrapą usg  😉), mogę robić wcierki, zawijać ją, masować, uciskać itp. Jest jeden warunek: że to ja  i że nie ma w pobliżu nikogo, kogo mój koń mógłby podejrzewać o bycie weterynarzem. Każdy nieznajomy (bo dotyczy to raczej mężczyzn) jest podejrzany i budzi niepokój, jeśli chciałby choćby przyjrzeć się nodze z bliska.
Olivia więc jeśli masz możłiwość to przyzwyczajaj go do obcych!! Niech jak najczęściej ktoś Ci pomaga zawijać, dotykać nogi, i nagradzaj za dobre zachowanie.
Ktoś mądry powiedział mądrze :
-Koń ma być przyzwyczajony do ludzi a nie do człowieka.
Jestem ciekawa jak sobie radzi kowal ?
Pewnie Cię, Taniu, zaskoczę: Kowal radzi sobie doskonale. Koń stoi wyluzowany, odprężony, nawet uwiąz nie jest potrzebny. Nawet podczas zmiany podków kilka godzin po wizycie weterynarza nie sprawiał żadnych kłopotów. W kontaktach z innymi ludźmi też nie ma problemu pod warunkiem, że nie wykonują czynności kojarzących się z zabiegami weterynaryjnymi. Koń jest przyjazny, dziewczynki w stajni przepadają za nim, bo każdej pozwala się przytulać i głaskać. Nie jest więc tak, że jest przyzwyczajony tylko do mnie. Nie zawsze bywam w stajni codziennie, więc zwykłe czynności związane z pielęgnacją konia wykonują wtedy inne osoby i nie mają z tym najmniejszych problemów.
To mnie zaskoczyłaś. Czyli kojarzy zapach doktora z czymś niefajnym.
W sumie jak każdy z nas.
😉
Powodzenia zatem.
To mnie zaskoczyłaś. Czyli kojarzy zapach doktora z czymś niefajnym.
W sumie jak każdy z nas.
😉
Powodzenia zatem.
Mój koń uwielbia swojego doktora, uwielbia też Panią Doktor i w ogóle nie ma z nim żadnych problemów przy zabiegach wet. których przeżył już mnóstwo i z pewnością nie były one dla niego przyjemne. Wyjątek jakiś czy co?
Mój koń też uwielbia swojego doktora
A ja swojego nieszczególnie. 😉
dragonnia   "Coś się kończy, coś się zaczyna..."
27 października 2009 21:13
rewir, nie wyjatek. darnica po tych wszystkich paskudnych przejściach (rana nogi, wybrocznica, masa zastrzyków) zachowuje się bardzo grzecznie. Jedyny widoczny objaw strachu, to przy wkłuciu robi oczy wielkie. To wszystko. Szczepię bez kantara. Nawet kiedys na ujeżdżalni zaserwowałam jej zastrzyk i nie było żadnych oznak paniki.

Olivia, zastosuj Klikera, o którym pisze Teodora. Słyszałam całkiem pozytywne opinie na ten temat i myslę, że w Twoim problemie tez powinien pomóc.
Czyli kojarzy zapach doktora z czymś niefajnym.
A gdyby tak spreparować fartuch weterynarza, o zapachu weterynarza? Tzn. nie ważne pewnie co, ważne, jak by pachniało.

W kontaktach z innymi ludźmi też nie ma problemu pod warunkiem, że nie wykonują czynności kojarzących się z zabiegami weterynaryjnymi.
Właśnie dlatego, że to o zachowanie innych ludzi chodzi, IMHO warto spróbować do klikera. W ten sposób można nagradzać pożądane zachowanie konia względem innych osób i ich zachowań.
Olivia - miałam z moim podobnie. Prawdopodobnie ma uraz z "dzieciństwa" do weterynarzy, stwierdził to już nie jeden, który u niego był 😉 Jednak z czasem w tej kwestii poprawiło sie u nas BARDZO wiele. Po pierwsze 50% powodzenia zalezy od podejścia weterynarza. Np rok temu próbowaliśmy zrobic rtg. Przyjechał do nas młody wet, uprzedzałam, że koń boi sie lekarzy i ani razu nie mial robionego rtg. Pan to olał, podszedł do konia z biegu, zestresował go zaczął się na niego drzeć, uderzać a potem gdy doprowadził i konia i siebie do szału stwierdził, że poda mu głupiego jasia. Chyba nie trzeba mówić, że się to nie udało 😉 ? Owy pan zwiał ze stajni czerwony ze wściekłości krzycząc w niebogłosy, że to koń morderca, bandyta i na łąki go wysłać. Alllee byl ubaw w stajni  😂 Nastepnie poznałam równiez młodego weta ale o niesamowitym podejsciu, spokoju i opanowaniu. Mimo małych kłopotów zawsze udało mu się wykonać zastrzyk i wszyscy wychodzili z tego cało. Co prawda z pomocą właściciela stajni (który też wie jak się zachować w takich sytuacjach). W końcu po roku zdecydowałam się na powtórne rtg. Po paru innych doświadczeniach w między czasie uznałam, że mój koń woli kobiety-weterynarz. Przyjechała do nas doświadczona pani wet, która głupiego jasia zrobiła w 10sekund, rtg przebiegło absolutnie bezproblemowo. Do dziś jestem po wrażeniem tamtej wizyty, spokoju jaki panował i braku zdenerwowania u mojego konia. Tak więc może popróboj z innymi weterynarzami, pokombinuj czy może woli kobiety/mężczyzn. A no i ja juz zawsze uprzedzam, że mam konia, który wymaga cierpliwości, spokoju i przemyślanego działania 😉

ps. Co do robienia zastrzyków to tez juz wykombinowaliśmy sobie sposób bo jednak nie ma co liczyć, że konia nagle cudownie uzdrowimy i będzie stał jak zaczarowany przy iniekcji gdy wcześniej szalał 😉 Mianowicie koń jest w boksie, uwiąz jest przewleczony o rurke kraty tak że mozna regulować jego długość, gdy zaczyna wariować jest poprostu mozliwośc utrzymania go a jeśli robi sie za gorąco to szybkiego puszczenia.
A gdyby tak spreparować fartuch weterynarza, o zapachu weterynarza? Tzn. nie ważne pewnie co, ważne, jak by pachniało.


Właśnie dziś o tym pomyślałam, żeby przechować kurtkę stajenną w gabinecie znajomego weterynarza, a później w tym stroju udać się do boksu. Myślę, że Tania ma rację, może chodzi właśnie o zapach. Dziś np. był ze mną w stajni mój siostrzeniec, dobrze zbudowany dwudziestolatek - teoretycznie dla mojego konia "podejrzany osobnik". Poprosiłam go, żeby dotykał chorej nogi w podobny sposób, jak robiłby to lekarz podczas badania. Koń tylko przez moment zdradzał niepokój, później jakby wyczuł, że to nie jest prawdziwy weterynarz, łaskawie powolił "zbadać".

Daniela, ja też uprzedzam, że koń nie jest łatwym pacjentem, ale niestety zdarzyło się, że weterynarz musiał się o tym przekonać osobiście, a wtedy koń był już w takim stanie, że podawanie "głupiego jasia" nie miało sensu.
Trzymam kciuki za was bo sama wiem jakie to trudne doprowadzic konia do takiego etapu, żeby dał się spokojnie zbadać i nie panikował zbytnio :kwiatek: Długo to trwa i czesto wiąże się z niemiłymi doświadczeniami ale jednak z czasem będzie lepiej  :kwiatek: U nas minęły 2 lata zanim znalazłam dwoje weterynarzy, którzy umieją się zając moim koniem tak, że jestem o nich obydwoje spokojna a i sama wiele sie nauczyłam.
Jeden z moich koni od źrebaka bezbłędnie rozpoznawał weterynarza z tłumu ludzi, a co więcej doskonale wiedział czy wet przyszedł z wizytą towarzyską (czyli do innego konia) czy też do niego. Jezeli do niego to w grę wchodziło tylko oglądanie, głaskanie, podawanie łakoci przez weta wszystko inne z góry było skazane na niepowodzenie. Nawet szczepienie grypy nie dawało się wykonać bez półgodzinnej walki.
A że młody wypasiony ogierek najczęściej lubi powalczyć to trzeba bylo szybko znaleźć inny sposób.
Na początek szczepić zaczął go trener, którego to koń uwielbiał i jakby nagle przestał istnieć ten problem.
Nie było weta nie było problemu.
Pomoc osób nie będacych lekarzem i to takich, które koń akceptuje bardzo jest wskazana.
Oczywiście tak szybko i pięknie to problem nie minął bo co innego raz na pół roku kujnąć malutką igłą przy szczepieniu, a co innego seria bolesnych zastrzyków. Radzliśmy sobie w następujacy sposób: wet szykował zastrzyk, kładł na stołeczku na korytarzu stajni i wychodził na dwór coby go koń nie widział. Ja wyprowadzałam konia i brałam sie za normalne czynnosci pielęgnacyjne, które koń lubił. Po paru minutach wchodził trener brał strzykawkę i podchodził do nas, konia klepał jak zawsze, ze mną rozmawiał, koniowi najpierw cukierek, potem zastrzyk, potem cukierek.
Za trzecim razem jeszcze sie udało, za czwartym nie. No to czyszczenie zamienilam na spacer i pasienie. Dostawał zastrzyk w trakcie pasienia. Ostatnie trzy jak już stępował pod siodłem. Wracał pod stajnię, zsiadałam, rozsiodływałam, w tym czasie trener przychodził, dawał mu lakocia, zastrzyk i jakoś to szło.
Czyli cała rzecz polegała na skutecznym odwracaniu jego uwagi od zastrzyku. I traktowaniu tej czynności jak jednej z normalnych codziennych.
Poprzeczka nam się podniosła kiedy trzeba bylo zrobić zastrzyk dożylny.
A tego trener już się nie podjął. Co więcej z młodego ogierka zdążyło już wyrosnąć kawał solidnego ogierzyska.
Na szczęście z pomocą przyszło nam łakomstwo konika. Pierwsze podejscie wyglądało tak. Czyściłam sobie konia na korytarzu, a w tym czasie doktor oglądał jakiegos innego pacjenta i naszykował przy okazji zastrzyk. Podczas czyszczenia raz i drugi nakryłam koniowi łeb ręcznikiem (do czego koń był przyzwyczajony). Przy okazji  poszczypałam go po szyi palcami i jeszcze raz nakryłam łeb ręcznikiem. Jak podszedł wet to koń oczywiscie nie widząc odwrócił do niego głowę to dostał pod mordę miseczkę z końskimi cukierkami i tak się zajął jedzeniem, że zastrzyk co prawda poczuł ale chęc jedzenia przewazyła nad chęcią protestu.
Cukierków oczywiście musiało być dużo ale zastrzyk zrobilo się szybko i bezpiecznie dla konia i ludzi.
  Mój koń uwielbia swojego doktora, uwielbia też Panią Doktor i w ogóle nie ma z nim żadnych problemów przy zabiegach wet. których przeżył już mnóstwo i z pewnością nie były one dla niego przyjemne. Wyjątek jakiś czy co?


Nie jest wyjątkiem , bo mój kuc jest taki 🙂
Choc nie mogę powiedzieć, że uwielbia lekarzy , ale nie ma z nim żadnych problemów .
Zastrzyki może mu dać każdy , a dostał ich w swoim życiu naprawdę dużo 🙁
Na dodatek , nawet nie trzeba mu zakładać kantara , można podać   na pastwisku.
Pamiętam zdziwienie  pewnego lekarza , który miał pobrać krew , gdy wyprowadziłam go w kantarze , a założyłam mu ze względu na obcego lekarza.
Ale jak przyjechał kiedyś lekarz trochę bojaźliwy, to nawet kuc troszkę zaniepokoił się.
Drugi koń, to absolutne przeciwieństwo.
Sam widok weterynarza wywołuje w nim niepokój- na początku nie było możliwe nawet posmarowanie , bo pełna panika ,  zastrzyk na dutce.

I doskonale wie. kto jest kim, bo w stosunku do innych ludzi jest ciekawski , a wręcz bywa nachalny.
Zastrzyk ja mogę mu podać bez problemu , ale  nie jestem w stanie tego zrobić 🤔
I   córka w mojej obecnośc też mu poda  prawie spokojnie.
Na szczęście u niego taki zabieg to rzadkość 🙂






 
Może odwrotnie z tymi zapachami?
Mieć stajenną kurtkę wiszącą blisko konia i ją dać doktorowi?
Chyba będzie prościej.
Fartuch u doktora to raczej pomyłka. Rzadko ubierają i dobrze.
Można jakos tak korzystać kiedy doktor jest w stajni u innego konia,żeby tylko cześć powiedział naszemu i marchewkę dał czasami.
jak dobrze, że mojemu zwisa, kto go obłapuje  😁 mam ten luksus, że koleżanka - weterynarz, trzyma swojego konia w boksie koło mojego, więc codziennie ją widzi i czuje, więc podanie zastrzyku nie sprawia żadnego problemu.

Chodziarz pamiętam, że w marcu, kiedy miał wycinane sarkoidy na leżąco, był grzeczny do momentu położenia, potem stękał i wył, tak, że mi się serce krajało, a on biedny nie mógł zrozumieć za co go tak karzemy  😲
Tania na początku dokazywała dość niemiło aż odkryłam w czym sęk.
Otóż ona MUSI koniecznie obejrzeć wszystko co i jak.
Jak obejrzała to rtg głowy było bez problemu.
Chwilka cierpliwości i zrozumienia,że klacz nie lubi niespodzianek i po krzyku.
Może odwrotnie z tymi zapachami?
Mieć stajenną kurtkę wiszącą blisko konia i ją dać doktorowi?
Chyba będzie prościej.
Fartuch u doktora to raczej pomyłka. Rzadko ubierają i dobrze.

Tylko czy stajenna kurtka zagłuszy zapach lekarstw? Fartuch powinnam była dać w cudzysłowie, nie chodziło mi o biały kitel (bo tak ubranego weta nigdy w stajni nie widziałam), ale o jakiś nośnik zapachu - lekarstw, maści, czy czym tam koniowi weterynarz pachnie...
Ktoś mądry powiedział mądrze :
-Koń ma być przyzwyczajony do ludzi a nie do człowieka.
Jestem ciekawa jak sobie radzi kowal ?

Niestety ale podpiszę się pod tym obiema rękami,nogami i wszystkim czym mogę. To, że czegoś przy koniu zrobić nie można to jest tylko i wyłącznie Wasza wina, czasem poprzednich właścicieli, którzy wpoili takie zachowania zwierzakowi. Ile tu jest tematów typu - jak nauczyć konia kąpieli, stania na uwiązie, bo się odsadza itp, itd.
Szlag mnie trafia na takich właścicieli, którzy szamocącemu się tonowemu ogierowi "dają odpocząć", bo ja go nie jestem w stanie zaszczepić, dopiero pięciu chłopa i przywiązanie na krótko do drzewa daje rezultat.
Moje konie nie robią żadnych ceregieli przy nowych rzeczach i do niczego nie było przyzwyczajane, do żadnych zapachów, wyczynów, po prostu wiedzą, że to, co robi człowiek ma być zrobione. I tyle.
Muszę się dołaczyć. Też mam jednego - z dziesięciu - wariata na widok lekarza. Konia mam już 9 lat. Historia zaczęła się od szycia bez znieczulenia - nie było mnie przy tym niestety  😤.Wcześniej było bezproblemowo. Koń na widok lekarza  - przeprowadziliśmy się niedawno i nawet "nowego", ubranego "po cywilnemu" obczaił przez drzwi boksu, odwala wariacje. Również przy zastrzykach, podawaniu pasty na odrobaczenie, jakichkolwiek nawet niezbyt bolesnych zabiegach typu opatrywanie ranki. Potrafi boczyć się nawet na smarowanie maścią leczonej obecnie grudy. Mój raczej próbuje uciekać, chować się, uwiązany wywija się jak może. Na lekarza potrafi zamachnąć się kopytem. Nie pomaga żarełko, bo i tak koń wie co się święci. Oswajanie z wetem. No cóż, w poprzednim miejscu miałam tak, że jeden wet u mnie trzymał konia, a drugi przyjeżdżał na jazdę. Jeśli któryś z nich miał jeździć na tym koniu, to sami go czyścili, siodłali - koń anioł, chyba wiedział, że będzie jazda, a nie np. zastrzyk. Niestety poddałam się - szczepienia, odrobaczenia robię sama - przede mną koń próbuje się tylko jakby "schować", jak krzyknę na niego to stanie spokojnie. Jeśli jest jakaś grubsza sprawa to zakładam dutkę, dopiero potem wchodzi lekarz - bezpieczeństwo ludzi jest dla mnie jednak ważniejsze. Moja wina?? Może, może powinnam "odrobić" konia po nieszczęsnym "szyciu na żywca", a może wystarczyło po prostu znieczulić 7 lat temu i by nie było kłopotu...
To, że czegoś przy koniu zrobić nie można to jest tylko i wyłącznie Wasza wina, czasem poprzednich właścicieli, którzy wpoili takie zachowania zwierzakowi.


Myślę, że podchodzisz do tematu zbyt radykalnie. Na pewno masz rację w tym, że niektórzy własciciele popełniają "błędy wychowawcze". Mojego konia kupiłam jako szesnastolatka po karierze sportowej, a więc i z bagażem różnych kontuzji, w tym jednej bardzo poważnej. Wiem bardzo niewiele o tym, jak był traktowany, więc trudno mi oceniać winy poprzenich właścicieli.
Absolutnie nie zgodzę się jednak z tym, że tylko i wyłącznie właściciele ponoszą winę za "złe" zachowanie konia podczas zabiegów weterynaryjnych. Niektórzy weterynarze sami na to pracują. Oto przykład: Przed kupnem chcąc sprawdzić ogólny stan konia prosiłam weterynarza (końskiego!) o pobranie krwi do badań. Pan wyraźnie się konia bał. Doskakiwał do niego z igłą niczym szermierz, robił tak wiele razy, no i koń się wściekł. Szczerze mówiąc, nie dziwiłam się. Inny przykład z innym weterynarzem: Koń przy próbie zajrzenia w zęby szarpnął głową. No to pan doktor szarpnął go jeszcze mocniej, żeby pokazać, kto rządzi. Skończyło się tak, że nie zrobił nic, wyjechał z komentarzem, że temu koniowi to on może coś robić wyłącznie w narkozie. Oczywiście jest całe mnóstwo lekarzy ze świetnym podejściem, ale są i tacy, jak napisałam. I ci utrudniają pracę sobie i kolegom, którzy po nich leczą ich (czasami niedoszłych) końskich pacjentów.
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się